Pisanie bloga o jedzeniu czując niechęć do fotografowania go – czy to w ogóle ma sens?
Przez ostatni rok wydawało mi się, że nie. Często eksperymentuję w kuchni, modyfikuję przepisy, ale nie mam serca do precyzyjnego stylizowania jedzenia, wyciągania lnianej ściereczki, przestawiania stołu tak, by nie padało zbyt ostre słońce. Oczywiście można coś ugotować, zjeść, a drugą porcję sfotografować po posiłku. Można nauczyć się robić piękne zdjęcia bez przesadnej stylizacji, poprosić domowników o chwilę cierpliwości. Ale jakoś nie sprawia mi to frajdy. Mogę spisywać przepisy, dołączać do nich anegdotki, ale czy ktokolwiek będzie chciał je czytać jeśli nie opatrzę ich pięknym zdjęciem?
Przełom w moim myśleniu na temat książek kucharskich bez zdjęć przyszedł wraz z książką Samin Nosrat „Salt, Acid, Fat, Heat”. Po pierwsze nie jest to książka zawierająca tylko przepisy. Pierwsza połowa to podręcznik sztuki kulinarnej, napisany w sposób bezpretensjonalny, zabawny i merytoryczny. Druga część to zbiór doskonale sprawdzonych przepisów na kulinarne hity. Zrozumiałam dlaczego pewne rzeczy w kuchni robi się w określony sposób, dlaczego pewne połączenia działają z chemicznego punktu widzenia i nie ma tygodnia bym do tej książki nie zaglądała w poszukiwaniu inspiracji. Nie potrzebuję zdjęć, w przypadku książki Samin wystarcza mi spis treści. Niektóre strony zdobią bardzo subtelne, ale zadziwiająco dokładne akwarele (zwłaszcza ilustracja pokazująca 12 faz jajka od bardzo na miękko po bardzo na twardo – mistrzostwo!).
Zastanawiałam się też dlaczego miałabym pisać bloga, skoro sieć pęka w szwach od kulinarnych porad. Czy nie wystarczy mi po prostu gotowanie? Odpowiedź na to pytanie przyszła wraz z gotowaniem dla grup uczestniczących w warsztatach. Przepisy dostosowuję do charakteru wyjazdu, ale najczęściej czerpię z mojego repertuaru przepisów zaczerpniętych z różnych źródeł, utrwalonych w pamięci i zmodyfikowanych wedle potrzeby. Na wyjazdach gotujemy wszyscy razem. Ale nie ma czasu na spisywanie przepisów. Dlatego postanowiłam reaktywować bloga, a problem zdjęć rozwiązał się sam – od dawna tworzę kolaże i uwielbiam to, dlaczego nie miałabym ilustrować nimi swoich wpisów?
Na pierwszy ogień idzie zupa mocy, wielu osobom znana z kuchni 5 przemian. W moim wydaniu to bardzo esencjonalny bulion, który stawia na nogi, gdy brakuje sił, a potem służy za doskonałą bazę do innych zup. Zupa mocy działa na organizm wzmacniająco, z dodatkiem chilli pomaga osuszyć zalegający śluz, świetnie się nadaje na różnego rodzaju detoksy, dlatego uważam, że dobrze ją jeść w ramach oczyszczania przed ceremoniami z użyciem roślin medycznych, lub w czasie retreatów. Mrożenie wg medycyny chińskiej zabija życiową energię potraw i choć nie jestem w tej dziedzinie specjalistką czuję, że jest w tym wiele racji. Z drugiej strony bardzo bliska jest mi filozofia less waste i lubię mieć w pogotowiu dobrej jakości składniki, więc jeśli zostaje mi trochę bulionu, którego nie przerabiam na inną zupę to nie waham się i mrożę.
Składniki na 5l bulionu:
4 pęczki młodej włoszczyzny lub 8 marchewek
4 korzenie pietruszki 4 selery, 4 kawałki pora
2 fenkuly
2 cebule
Kawałek kłącza imbiru (ok 5cm)
Anyż
Ziele angielskie
Goździki
Pieprz w ziarnach
Kurkuma
Chilli w całości (możesz dodać bardzo mało, ja uwielbiam pikantny bulion)
Sól
Woda
Warzywa bardzo dokładnie myję, ale ich nie obieram. Od korzeni odcinam zielone części, ale ich nie wyrzucam. Kroję na mniejsze części, nie przywiązując wagi do kształtu. Cebulę obieram i kroję na ćwiartki, imbir kroję na plastry. Na dnie dużego garnka rozgrzewam olej o neutralnym smaku. Podsmażam na nim cebulę, nasiona lub gwiazdki anyżu, kuleczki ziela angielskiego, suszone chilli, goździki. Kiedy cebula jest lekko zarumieniona a przyprawy uwolniły aromat, dodaję kurkumę, smażę jeszcze chwilę a następnie dodaję pokrojone warzywa. Zalewam całość zimną wodą, tak by warzywa były przykryte, ok 6l. Dodaję 2 stołowe łyżki soli.
Całość doprowadzam do wrzenia, a następnie zmniejszam ogień i pozostawiam na ok 3 godziny. Po tym czasie dodaję zielone części warzyw i gotuję jeszcze ok. 30 minut. Liściaste przyprawy i zawarte w nich olejki eteryczne są bardzo delikatne, aby utrzymać ich zapach, warto dodawać je dopiero pod koniec gotowania.
Zupę można gotować dłużej, nabiera wtedy jeszcze bardziej intensywnego smaku. Wspaniale smakuje sama, podawana tylko z liśćmi pietruszki lub kolendry, ale można ją też podkręcić makaronem ryżowym, surowym chilli, grzybkami enoki, świeżym imbirem lub warzywami pokrojonymi w słupki.