Kokosowy gulasz na uziemienie

Zanim zetknęłam się z jogą kundalini i medytacją, często odczuwałam niepokój. Trudno mi było określić jego źródło, po prostu czułam jego cichą, ale dojmującą obecność. Martwiłam się drobnostkami, snułam czarne wizje przyszłości, zadręczałam opiniami innych. Nie wiedziałam na czym polega oczyszczanie energetyczne i kumulowałam w sobie bardzo dużo emocji, nie tylko swoich, ale też zebranych z otoczenia. Regularna praktyka pozwoliła mi nie tylko oczyścić emocjonalne złogi, ale też nauczyła mnie energetycznej higieny. Kiedy czuję się przytłoczona, albo wręcz przeciwnie – zbyt oderwana od codzienności stosuję praktyki uziemiające. Ziemia ma potężną moc wchłaniania i transformowania energii, a wejście w kontakt z nią jest banalnie proste. Wystarczy poleżeć na trawie i powoli pooddychać albo pochodzić trochę boso by pozbyć się natłoku myśli, negatywnego nastawienia, zwiększyć poczucie bezpieczeństwa. Bycie uziemionym jest dla mnie byciem tu i teraz, w spokoju i równowadze i w przytomności umysłu. Odkryłam, że w osiągnięciu tego stanu oprócz praktyki medytacji, bardzo pomaga mi specjalna dieta.

Co to jest uziemiające jedzenie?

To przede wszystkim takie potrawy, które koją nerwy i uspokajają pędzący umysł. Po ich zjedzeniu odczuwamy błogi spokój, ale nie znużenie, czy senność. W ich skład wchodzą warzywa korzeniowe, dynia, czerwone owoce, orzechy, zboża (i mąki pełnoziarniste), przyprawy korzenne, kurkuma.

Jeśli miałabym wybrać jedno danie, którym najbardziej lubię się uziemiać to zdecydowanie wybrałabym Kerala stew, czyli kokosowy gulasz warzywny. Właśnie to danie Karthik najczęściej przygotowuje, gdy wracam do domu z podróży, albo gdy widzi, że potrzebuję wsparcia w lutealnej fazie cyklu. Ta aromatyczna potrawa z południowych Indii totalnie skradła moje serce i zdetronizowała comfort food o włoskim rodowodzie. Nie zawiera chilli, więc nie działa pobudzająco. Czarny pieprz, w połączeniu z korzennymi przyprawami, nadaje daniu charakteru, ale nie dominuje delikatnego smaku warzyw i mleczka kokosowego.

Składniki na 4 porcje:

1/2 małego kalafiora
4 średniej wielkości ziemniaki
1 szklanka zielonego groszku lub fasoli szparagowej
1 duża marchewka
opcjonalnie 1/4 bulwy selera lub 1 mały pasternak
2 lub 3 szalotki
400ml mleka kokosowego
10 suszonych liści curry
4 cm kory cynamonu
4 cm kawałek świeżego imbiru
5 zielonych owoców kardamonu
5 goździków
10 ziaren czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki pieprzu białego
sól do smaku
1 czubata łyżka oleju kokosowego

Zaczynam od pokrojenia warzyw w kostkę i rozdzielenia kalafiora na małe różyczki. Cebulę kroję w piórka. Kardamon, pieprz w ziarnach, goździki i cynamon tłukę w moździerzu. Imbir ścieram na ostrej tarce. W garnku z grubym dnem rozgrzewam olej kokosowy i prażę przyprawy aż uwolnią aromat. Chwilę smażę szalotki, aż staną się przeźroczyste. Dodaję warzywa i zalewam do połowy objętości wodą, solę. Gotuję na średnim ogniu pod przykryciem, aż warzywa staną się miękkie. Dodaję mleczko kokosowe, liście curry i biały pieprz i gotuję jeszcze ok 5-7 minut.

Najbardziej lubię to danie z dosami, czyli indyjskimi naleśnikami z fermentowanego ciasta z dwóch gatunków soczewicy i ryżu. Dla naszego blendera przygotowanie tego ciasta jest wyzwaniem, więc często zastępuje sosy naleśnikami z mąki gryczanej. W Little India można kupić gotowy miks na dosy i wychodzą całkiem niezłe. Jedząc Kerala stew oderwanymi kawałeczkami naleśnika czuje się pełniejszy smak dania, a jedzenie rękami w zaciszu domowym jest bardzo relaksujące. Jeśli jednak totalnie nie macie ochoty bawić się w naleśniki to sprawdzi się też połączenie z pełnoziarnistym ryżem basmati.

Dodaj komentarz